Thursday, December 14, 2017

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi – jest moc (ocena 8/10)

Statek Nowego Porządku odkrywa ostatnią siedzibę rebeliantów. Tylko brawurowa akcja jednego pilota, ze wsparciem robota - pomarańczowej piłeczki, umożliwia ucieczką.
Chwilową. Zaczyna bowiem brakować paliwa, a napastnik bez problemów namierza biedaków. Powstaje więc tajny plan ucieczki, który w tajemnicy realizuje zespół dywersyjny. Tymczasem gdzieś na odległej planecie przedstawiciel rebeliantów próbuje nakłonić ostatniego Jedi do powrotu i pomocy w ocaleniu Galaktyki.

Nie wiem czemu fabuła tegorocznych Gwiezdnych Wojen do złudzenia przypomina mi sytuację w polskiej polityce. Dobra Zmiana zawładnęła wprowadzając swój porządek, resztki bojowej opozycji topnieje w oczach, a gdzieś w Brukseli ostatnia nadzieja bez litości odmawia powrotu i pomocy … Jeżeli trzymać się tej analogii, film w reżyserii Riana Johnsona mógłby trochę wlać optymizmu w serca „totalsów”. Ale odłóżmy politykę na bok, skupmy się na kinie. Bo też tym razem jest na czym.

Byłem zajadłym krytykiem wersji sprzed dwóch lat (TUTAJ), nie rzucił mnie na kolan gwiezdnopodobny ubiegłoroczny produkt (TUTAJ), ale tym razem jest … znakomicie. Od pierwszej sceny, w której uruchomione są dawno nie widziane w Galaktyce pokłady humoru, do - może jedynie zbyt przydługawego - zakończenia.

Przede wszystkim to film, który odcina się od poprzednich części, stawiając na nowych bohaterów, nowe pomysły i nową intrygę. Z poprzednich pozostała może jedynie niezbędna walka na miecze. Tutaj od samej walki istotniejsze są interakcje. Świetnie to wychodzi szczególnie w przypadku wahań nowego Jedi (SPOILER – Luke powoli odchodzi na drugi plan) z Czarnym Charakterem. Naprawdę nie wiadomo jak się ten najważniejszy wątek rozstrzygnie, a jak w Gwiezdnych Wojnach czegoś nie wiadomo to znaczy, że wreszcie popracowano nad scenariuszem.
Moje ulubiono motywy są jednak na drugim planie: służbistka, która odgrywa kluczową rolę, czy też nowa komandor statku z fioletową fryzurą i kamienną twarzą. I jeszcze kilka innych.
Przekonała mnie w tym filmie nawet pomarańczowa piłeczka, która się wyrobiła i ratuje swoich ziomków robiąc to w tak pocieszny sposób, że nie sposób jej w końcu nie polubić.
Świetne są również wymyślne stworki, od ptaszków z wyspy Luke’a po kryształowe lisy z sekwencji końcowej.

Najważniejsze jednak, że akcja rozgrywa się głownie wokół interakcji postaci, a sekwencje wojenne wzbogacone dość standardowymi efektami specjalnymi nie przesłaniają tutaj spójnej intrygi. Trochę mnie co prawda irytuje, że historia Gwiezdnych Wojen nie może się zakończyć, ale kto by zażynał kurę znoszącą złote jajka.

Twórcy oddali cześć Carrie Fischer, odtwarzającej kultową już rolę Księżniczki Lei – podczas napisów końcowych nawet rozlegają się brawa.

To najlepsze Gwiezdne Wojny od pierwszego tercetu filmów, a może i pod względem realizacyjnym najlepsze w historii. Dobrze oglądało się także w 4DX, aczkolwiek efektów trójwymiarowych brakuje. Przypuszczam, że z dubbingiem film dużo traci, bo aktorzy naprawdę stanęli na wysokości zadania. Zapewne przetestujemy z Gosią wersję IMAX i wówczas więcej dopiszę – bo prawdziwą jakość filmu docenia się przy drugim obejrzeniu.

Recenzja TUTAJ
 
Zwiastun:



Data premiera: 14 grudnia 2017
Produkcja: USA
Rok: 2017
Gatunek: science-fiction, fantasy, sensacja, komedia
 
  • Reżyseria: Rian Johnson
  • Obsada: John Boyega, Daisy Ridley, Adam Driver, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Carrie Fisher, Mark Hamill


No comments:

Post a Comment