![]() |
| Córka trenera, rezyseria Łukasz Grzegorzek |
Potencjał był na bardzo dobry film. A
powstał jedynie dobry.
Wiktoria (Karolina Bruchnicka)
trenowana przez apodyktycznego ojca Macieja (Jacek Braciak) osiąga młodzieżowe sukcesy
w tenisie ziemnych. Treningi wymagają rygoru żywieniowego i wręcz zakonnego
trybu życia: dziewczyna nocuje w hotelach w jednym pokoju z ojcem, ma absolutny
zakaz spożywania alkoholu i jakichkolwiek rozrywek. Maciej trenuje również Igora
(Bartłomiej Kowalski), początkowo bardziej krnąbrnego, ale z czasem odnoszącego
sukcesy na korcie. Czy postawa charyzmatycznego trenera wynika z czegoś więcej
niż z chęci zapewnienia kariery swojej córce?
Film, wbrew tytułowi, koncertuje się
na postaci trenera, przedstawiając wycinek z jego życia. Może i ważny, ale jednak
nie podparty kompleksową genezą, czy też uzasadnieniem stosunków z pozostałymi
bohaterami. Z córką łączą go niezwykle silne więzy, które rozpadają się
praktycznie z dnia na dzień po jednej przegranej na korcie. To zbyt słabe
wytłumaczenie i nieuzasadniona wolta. Jeszcze mniej przekonujący jest wątek
drugiego podopiecznego, który zaczyna w drugiej połowie dominować w filmie.
Skryta historia życia trenera pozwala co prawda na własne interpretacje:
rozwód, może alkoholizm, jednak scenariusz sugeruje zdecydowanie zbyt mało
tropów. Można więc w pewnych momentach mieć wrażenie rozwleczenia, a nawet
braku zrozumienia postawy bohatera. A szkoda, bo to jakże charakterystyczna dla
sportu postać, szczególnie w przypadku tenisa często sukces jest efektem
katorżniczej pracy i bezwzględnego traktowania trenujących dzieci przez
rodziców. Motyw ten w kinie wielokrotnie wykorzystywano, często z bardzo dobrym
skutkiem (ostatnio najlepiej: „Jestem najlepsza. To ja Tonya”), a jeszcze częściej
w różnorakich biografach sportowców, z tenisistami na czele.
Wszystkie niedobory scenariuszowe
zakrywa aktorstwo Jacka Braciaka. Początkowo irytująca rola, w miarę rozwoju
filmu wciąga hipnotyzując: zwyczajami, konsekwencją i charyzmą bohatera. Braciak
ratuje ten film od pretensjonalności i przeciętności pozostając w głowie na
długo po wyjściu z seansu. Nie udaje się to natomiast dwójce młodych aktorów:
Karolina Bruchnicka jest nijaka, nie mówiąc już o zupełnie zagubionym Bartłomieju
Kowalskim. Pretensjonalnie wypada również Agata Buzek wtłoczona w niezrozumiale
zbyt epizodyczną rolę. To motyw napotkanej miłości trenera mógł pociągnąć scenariusz
w lepszą stronę, ale Buzek takiej szansy nie dostała.
To co wyróżnia ten film to
nadzwyczajne ujęcia operatorskie: szeroka perspektywa, świetne ujęcia bohaterów,
a nawet drobniutkie szczegóły jak zbliżenia na owady odważnie kroczące po
korcie tenisowym. Bardzo ciekawa jest również rola muzyka, która pojawia się
tutaj w wielu gatunkach: od rozrywkowej z lat 70 lat, poprzez King Crimson, aż
po poważną. Niektóre sceny są wręcz nasycone motywami muzycznymi, może nawet
zbyt patetycznie.
Ogólnie ogląda się produkcję Łukasza
Grzegorzka z zaciekawieniem i przyjemnością. Pozostaje co prawda niedosyt – to mógł
być film wręcz wybitny, a powstał taki z którego zapamięta się głównie
Braciaka.
Plusy:
- zdjęcia
- Jacek Braciak
- muzyka
- motyw zdeterminowanego trenera-ojca
- przemyślane dialogi
Minusy:
- jedynie epizod ze słabą naszkicowanymi relacjami pomiędzy bohaterami
- bardzo słabe role drugoplanowe
- monotonne tempo
- mylący tytuł
- kiepska dystrybucja
Zwiastun:
Polska premiera: 1 marca 2019
Dystrybucja: Akson Dystrybucja
Produkcja: Polska
Rok: 2018
Gatunek: dramat
- reżyseria: Łukasz Grzegorzek
- scenariusz: Krzysztof Umiński, Łukasz Grzegorzek
- zdjęcia: Weronika Bilska
- scenografia: Natalia Giza, Marcin Łakomy – Spławski
- kostiumy: Wiola Uliasz
- dźwięk: Błażej Kafarski
- montaż: Maria Zuba
- charakteryzacja: Anna Buttny
- obsada: Jacek Braciak, Karolina Bruchnicka, Bartłomiej Kowalski, Agata Buzek, Piotr Żurawski
Postscriptum
Film ma bardzo słabą dystrybucję, nie
wiedzieć czemu. Ale pojawił się na pojedynczych seansach w kinie Helios Blue
city, nawet w sali Dream – tyle że tej mniejszej. Był więc problem z biletami –
dostaliśmy ostatnie dwa: w pierwszym i drugim rzędzie. Oglądało się jednak
bardzo dobrze. Tym razem nie było problemu z gasnącymi światłami. Fotele w sali
dream nie są jednak najlepiej sprofilowane, trzeba oglądać raczej na leżąco –
ale nawet w pierwszym rzędzie można ogarnąć cały ekran.
Wtorek to dzień tanich biletów: 14,5 +
7 zł za salę dream więc konkurencyjna oferta. Ludzi znowu niewiele, ale
mniejszą salę udało się w komplecie zapełnić i mieliśmy szczęście, że trafiły
nam się ostatnie dwa wolne bilety.

No comments:
Post a Comment