Jak doszło do tego, że w lesie pod
Nottingham facet w kapturze ze swoją bandą prowadził proceder okradania
bogatych i rozdawania biednych? Na takie pytanie próbuje nieudolnie
odpowiedzieć ten film.
Atrakcyjna kobieta w ładnej bluzce z atrakcyjnym dekoltem i z nienagannym makijażem zostaje przyłapana na gorącym uczynku podczas próby podprowadzenia bogaczowi jednego z licznych koni z jego stajni. Pechowo zostaje zauważona przez samego bogacza - Robina, szczęśliwie jednak zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia (nic dziwnego – kto odstawiony niczym po wizycie u wizażystki idzie na włam), wspaniałomyślnie darując nie tylko rumaka, ale i swoje serce. Idylle kochanków przerywa zły (może zazdrosny) szeryf Nottingham, który wysyła Robina na wojnę, na której rzekomo traci życie. Gdy uznany za zmarłego jednak wraca sytuacja przedstawia się nieciekawie: jego ukochana Marion znajduje pocieszenie w ramionach innego mężczyzny, a zły szeryf łupi biednych i spiskuje na potęgę.
Odpowiedni materiał na bezbolesny,
może nawet atrakcyjny film przygodowy. Niestety cała para poszła w gwizdek i
oglądanie tej produkcji jest katorgą, nawet w nowoczesnym, pachnącym nowością
kinie – o czym w postscriptum.
Głównym problemem jest brak
umiejętności opowiadania historii obrazem, co jest podstawą sztuki filmowej.
Początkowo opowieść snuta jest z offu, a gdy akcja nabiera tempa wydarzenia
tłumaczone są poprzez dialogi. Dochodzi do kuriozalnych scen, gdy bohaterowie są
w opałach, ale mają czas żeby wytłumaczyć widzowi co się właśnie wydarzyło typu:
„Marion została porwana”. Jeszcze gorzej jest z wytłumaczeniem kluczowych
zwrotów akcji, a reakcja na powrót żywego Robina wręcz kuriozalne – na przykład
jego ukochana na tę dość istotną i przełomową informację reaguje maślanymi
oczami. O dialogach lepiej nie wspominać. Ich konstrukcja to poziom podrzędnego
serialu telewizyjnego. Fiaskiem jest również rozruszanie komediowego potencjału
– raz na jakiś czas, najczęściej w obliczu największego zagrożenia, pada jakiś
suchar – ale tak czerstwy, że bardziej żenujący być chyba nie może.
Porażką jest dobór obsady. Taron
Egerton nie pasuje do swojej roli, nawet fizycznie wygląda kiepsko. Jamie Foxx
zupełnie kompromituje się w absurdalnej sekwencji rodem niczym z Rocky, gdy
próbuje pełnić rolę trenera niedoćwiczonego Robina - widać kilka lat na wojnie to
za mało, aby zadbać o kondycję. To zresztą jeden z gorszych momentów, zupełnie niepotrzebnych,
a wręcz irytujących żenującym poziomem poczucia humoru. Najlepszy byłby z tego
grona Ben Mendelsohn, gdyby nie przerysował swojej roli szeryfa tak bardzo, że
nie został nawet cień autentyczności.
Na osobny akapit „zasługuje” Eve
Hewson. To że gra maślanymi oczami to jeszcze mało piwo. Jej rolę położyli
przede wszystkim charakteryzatorzy – dopieszczając wizualizację do najmniejszych
szczegółów. Makijaż był chyba poprawiany pomiędzy każdym cięciem montażowym. W efekcie
po kilkuminutowej ucieczce w kurzu i błocie dziewczyna wygląda jakby wyszła
prosto z salonu kosmetycznego. Psuje to całą powagę sytuacji – wiadomo że ładna
dziewczyna jest potrzebna w takiej produkcji, ale trzeba mieć jakiś umiar.
W ogóle pomylono tutaj kostiumy i
scenografie – niektóre wydają się futurystyczne, niektóre współczesne, ale
twardo upozorowane są na epokę, w której akcja się toczy.
Jedyne czym ta produkcja się w jakiś
sposób broni to sceny awanturnicze. Odkładając na bok logikę i motywację
działań bohaterów można rozkoszować się bijatyką, ucieczkami, pojedynkami. Nawet
widać tutaj naleciałości z filmów takich reżyserów jak Guy Ritchie – szybki montaż,
błyskawiczne przeskoki – to przykrywa brak logiki. Te dynamiczne sceny są nawet
przyzwoicie zmontowane i skomponowane. Nie jest to co prawda produkcja wielce
efektowna (chociaż budżetowa stumilionowy budżet na to pozwalał), ale w
konwencji telewizyjnego produkcyjniaka przygodowego mogłaby się sprawdzić.
Jednak ani oczko wyżej.
Plusy:
- kino Cinema 3D – patrz „Postscriptum”
- montaż scen awanturniczych
- dekolt Eve Hewson
Wady:
- brak umiejętności opowiadania obrazem
- dialogi
- aktorstwo
- żenujące poczucie humory
- przesadzony makijaż
Zwiastun:
Tytuł oryginalny: Robin Hood
Polska premiera: 29 listopada 2018
Dystrybutor: Monolith Film
Produkcja: USA
Rok: 2018
Gatunek: przygodowy
- reżyseria: Otto Bathurst
- scenariusz: David James Kelly
- zdjęcia: George Steel
- muzyka: Joseph Trapanese
- obsada: Taron Egerton, Jamie Foxx, Ben Mendelsohn, Eve Hewson, Jamie Dornan, F. Murray Abraham
Postscriptum:
„Robin Hood” jest kolejną polską ofiarą
dystrybucyjnej wojny Monolith Film (który jedyne co zrobił dobrego to
rozszerzył oryginalny tytuł ułatwiając widzowi nastawienie do tej produkcji) z
siecią Cinema City. Uznaliśmy, że to odpowiednia okazja aby przetestować nowe
kino w Reducie, nazwą Cinema 3D wprost kojarzone ze wspomnianą, konfliktową
siecią. Nie mieliśmy wątpliwości (Gosia trochę miała), że nasze karty Unlimited
zostaną uwzględnione, przygotowaliśmy się więc na największy wydatek kinowy od
czasu ich wprowadzenia.
Dojazd bezproblemowy: jadąc z centrum widać
z daleko neon nowego kina, należy przejechać i za przystankiem autobusowym skręcić
w prawo, od razu zjeżdżając na parking. Tutaj pierwszy plus – w weekendy jest
on za darmo, a w tygodniu dwie godziny gratis – co prawda na wizytę w kinie
lepsze byłyby trzy godziny, ale zawsze coś. W niedzielę wieczorem były pustki
(mimo handlowej sklepy w Reducie już były zamknięte), pełno miejsca do
zaparkowania – tylko wyjazd skomplikowany (jak to w Reducie).
Do kina docieramy też bez problemów –
po wjechaniu na piętro z daleka widać świecące neony. Kupno biletów przy barze –
podobnie jak w Multikinie, w ogóle jest to kino stylizowane na tę sieć – nie wiadomo
czy tak naprawdę nie mają powiązań. Cena oczywiście odpowiednio wysoka 30 zł,
ale to chyba i tak odrobinę taniej niż u konkurencji. Warto wybrać się w środę,
gdy jest o połowę taniej – ale jak wiadomo, nie każdy może. Obsługa miła, ale
bez przesady. Bilety obskurne – wydruk z kasy, ale to może i lepiej – nie żal
wyrzucić.
To co się rzuca w oczy to wręcz
krystaliczna czystość i zapach nowości. Nie ma mowy o rozsypanym popcornie, ale
nawet pozostawionym papierku. Wystrój nowoczesny: wchodzi się oświetlonym
korytarzem po bokach których rozłożone są sale. Jak to Gosia zauważyła „jak w
Star Treku”. Łazienki również czyściutkie i wypasione. Trochę mało miejsca do
siedzenia przed salami, ale można spokojnie wchodzić do środka bo jest bardzo
wygodnie. Fotele bardzo wygodne. Dużo miejsca i to zarówno na nogi, jak i z
boku. Są także miejsca VIPowskie (środkowe rzędy) gdzie nawet koszykarz NBA
mógłby rozłożyć nogi. Na uwagę zasługuje również wolne miejsce przed pierwszymi
rzędami, gdzie można rozstawić nawet kilkanaście wózków inwalidzkich. Byliśmy
chyba w jednej z większych sal, ale mniejsze zapewne są równie komfortowe.
Ekran zajmuje całą ścianę więc dobrze
się komponuje. Jedyny mankament to świecące tuż pod ekranem zielone napisy z wyjściem
ewakuacyjnym – to bardzo przeszkadzało, może ze względu na mało zajmującą
fabułę Robin Hooda.
Bezapelacyjnym atutem jest natomiast
dźwięk. Może to nie IMAX ale wyraźnie jest przestrzennie – tutaj nawet sam film
pomagał, bo się dużo działo dźwiękowo.
Największym problemem jest niestety
frekwencja – totalne pustki. Na naszym seansie były cztery osoby (z nami), a na
korytarzu nie spotkaliśmy nikogo. Jak na razie więc trudno oczekiwać zwrotu z
inwestycji, słabo jest również z reklamą. Rozwiązaniem mogłyby być jakieś karty
na wzór Unlimited. My byśmy pewnie bardzo chętnie skorzystali ze względu na niezwykle
korzystną ze względu na sąsiedztwo Blue City lokalizację. A także na fakt, że
akurat lubimy pustki.
Ogólnie warto było przetestować –
pewnie wybierzemy się jeszcze w jakąś środę na kolejną produkcję Monolithu, bo
na kres sporu z CC raczej nie ma co liczyć.

No comments:
Post a Comment