Tytuł nasuwa skojarzenie z kinem klasy
B, jednak aż tak źle nie jest.
Świat został zniszczony w trakcie 60
minutowej wojny. Przetrwali nieliczni, którzy zbudowali ogromne ruchome miasta,
na kształt wielkich poruszających się maszyn, wędrujących po na nowo
ukształtowanej powierzchni i szerzące przemoc w poszukiwaniu surowców. W jednym
z nim – Londynie, w muzeum (są relikty współczesnego świata typu zniszczone
smartfony, a nawet … minionki – co sugeruje, że poczucia humoru nie zabraknie) pracuje
młody historyk, niedoszły pilot Tom Natsworthy (Robert Sheehan), zakochany w
blondynce – córce szefa tego ruchomego przypadku (zupełnie nie pasujący do tego
filmu Hugo Weaving). Jak się szybko okaże istnieje również ruch oporu: dochodzi
do próby zamachu, a podczas ucieczki ruda napastniczka Hester Shaw (Hera
Hilmar) pociągnie za sobą Toma.
Cóż. Pomysł żeby zamienić atrakcyjną
blondynkę na rudą buntowniczkę z oszpeconą twarzą – odważny. Nie żeby Hilmar
nie była równie atrakcyjną kobietą, ale z pewnością swoje walory chwilowo
skrywa pod grubą skórą doświadczanej nieszczęściami dziewczyny. Jednak to
właśnie interakcje podczas ucieczki pomiędzy nią, a chłopakiem (miastowym można
by rzec, gdyby nie charakter ruchomych metropolii) jest najciekawszych wątkiem filmu.
Także pozostałe postacie są bardzo wyraziste, nawet te które zaistnieją tylko
na chwilę, jak pilotka, czy cyborg. Z tym jednak właśnie jest problem, bo zbyt
wiele wątków jest tylko naszkicowanych, z tym ten istotny, bo odnoszący się do
sytuacji w Londynie (blondynka plus jej zakłamany ojciec). Ma kluczowe
znaczenie w finale, ale znika na długie minuty. Szczególnie ładnej blondynki
szkoda, bo Weaving nie miał pomysłu na swoją rolę.
Książkowy pierwowzór („Żywe Maszyny” autorstwa Philip Reeve) obfitował zapewne w wiele
wątków, ale zadaniem ekranizacji jest ich wyciszenie. To się zupełnie nie udało
– bardzo wiele pytań zostało bez odpowiedzi. Jak chociażby to kluczowe – czym
była godzinna wojna, która zmieniła świat. Zabrakło czasu na lepsze rozwinięcie
wielu kwestii, ale nie zabrakło na skrajnie wydłużoną finałową sekwencję
sensacyjną. Razić mogą także liczne zapożyczenia z kina science-fiction. Fani
odnajdują tu wręcz kopie motywów z „Gwiezdnych wojen”, czy z „Mad Maxa”.
Nie należy nastawiać się na jakieś
zaskakujące zwroty akcji. Wszystko tutaj jest przewidywalne jak po sznureczku.
Od zawiązania akcji wiadomo, że bohaterowie się w sobie zakochają (pomimo tak
wielu przeciwności), a na końcu stoczą zwycięską walkę ze złym charakterem.
Kolejna kwestia, która może podzielić
w ocenie tej produkcji to niestety efekty specjalne. Pozornie są one
dopracowane: szczególnie wizualizacje wielkich miast są imponujące. Jednak
wyraźnie sceny dynamiczne trącą myszką, momentami można się poczuć jak na
seansie wideo z lat 80-tych. Fachowcy na pewno zauważa zbytnie uproszczenia,
dotyczą one głównie drugiego planu. Szwankuje również montaż, niestety w wielu
scenach nie można się zorientować co się dzieje na ekranie.
Odbiór może psuć zbyt nachalnie
wtłaczana muzyka symfoniczna psująca wręcz wrażenie w scenach dynamicznych. Gdy
pojawia się moment wędrówki po pustkowiu i Hester zwierza się, że lubi ciszę,
jest to jakby sugestia do twórców filmu. Najlepsza scena to śmierć cyborga
(również zbyt krótki wątek) i jego wspomnienia przedstawione w melancholijny,
wyciszony właśnie sposób. Widz aż pragnie, aby tak zbyt narzucająca się muzyka
w końcu ucichła.
Był więc pomysł na lepszy film,
należało bardziej uwypuklić nastrój postapokaliptyczny, mroczny, skupić się na
wątku rodzącej się miłości oraz ograniczyć sceny bitewne. Takie dobre rady. Na
przyszłość, o ile nas jakaś godzinna wojna nie unicestwi, bo najwyraźniej w
nowej rzeczywistości nikt nie myśli o kręceniu filmów.
Na uwagę zasługuje drobiazgowe
odtworzenie stworzonego świata. Dopracowano tutaj takie elementy jak
scenografia, kostiumy, charakteryzacja. Nawet momentami przypomina to „Mad Maxa”,
który w końcu zyskał nagrody oscarowe. Jak się ten film pojawi w zestawieniu
technicznych nagród – to nie będzie wielką niespodzianką.
Bardzo ciekawe jest wyeksponowane na
początku filmu muzeum londyńskiego ukazującego to co się stało ze znanym nam
współcześnie światem. Szkoda, że zabrakło czasu aby dogłębnie rozwinąć ten
wątek. Może w książce jest wyjaśnione czym była godzinna wojna i jakie były jej
konsekwencje, dlaczego nie można zbudować stacjonarnego miasta i skorzystać z
wynalazków ludzkości z okres przedwojennego. Tutaj tego bardzo zabrakło, bo i
nie jest przedmiotem troski bohaterów. Jednak gdy fabuła sięga retrospekcji
(tajemnicza skrzynka, czy też pendrive USA-MEDUSA) to te luki scenariuszowe
zaczynają razić.
Wiele mankamentów w tego rodzaju
produkcjach można zakryć poczuciem humoru. Tutaj trochę tego jest, szczególnie
w interakcji historyk-buntowniczka, jednak zbyt mało. A w szalonej końcówce
zupełnie ten luz zanika.
Kiepski jest filmowy tytuł - ten
książkowy był bardziej stonowany, nie przysuwał na myśl kina klasy B, a i
lepiej oddawał fabułę. Jakby w ramach rehabilitacji wprowadzono ten film do kin
4DX – seans zwiększa doznania: dodatkowe światła, zapachy, chociaż można wyjść
mocno wstrząśniętym (dosłownie).
Gwoli sprawiedliwości: Gosi bardzo się
podobało, była zachwycona nawet faktem, że zrozumiała fabułę, co w tego typu
produkcjach nie zawsze jej się zdarza.
Plusy:
- wyraziści bohaterowie
- wizualizacje miast-maszyn
- scenografia, kostiumy
- wątek interakcji chłopak-buntowniczka
- scena śmierci cyborga
Minusy:
- nachalna muzyka
- kompozycja scenariusza
- przewidywalność
- staroświeckie efekty specjalne
- przeciągnięta końcówka
- zapożyczenia z klasyki kin Sci-fi
- porzucenie tytułu książkowego
Zwiastun:
Tytuł oryginalny: Mortal Engines
Polska premiera: 7 grudnia 2018
Dystrybutor
Produkcja: USA
Rok: 2018
Gatunek: science-fiction
- reżyseria: Christian Rivers
- scenariusz: Peter Jackson, Philippa Boyens, Fran Walsh
- obsada: Hera Hilmar, Hugo Weaving, Robert Sheehan, Jihae Kim, Ronan Raftery

No comments:
Post a Comment