![]() |
Samui Song, reż. Pen-ek Ratanaruang |
Gratka dla fanów kina azjatyckiego.
Ale raczej tylko dla nich.
Viyada jest aktorką znaną i popularną
w swoim kraju z uwagi na role w produkcjach serialowych. Prywatnie tkwi w
toksycznym związku z obcokrajowcem, rzeźbiarzem, dodatkowo znajdującym się pod
wpływem sekty. Dziewczyna próbuje na własną rękę znaleźć wyjście z małżeńskiego
impasu, a jej doświadczenia z filmowych scenariuszy mogą przynieść zaskakującą inspirację.
Kino z Tajlandii gości na polskich
ekranach głównie przy okazji festiwali filmowych (przede wszystkim dedykowany
kinu z tamtych rejonów Festiwal Pięciu Smaków, ale także czasami Warszawski
Festiwal Filmowy). Dystrybucja kinowa – to rzadkość, jednak w tym przypadku
podjęto to ryzyko, które najczęściej skutkuje pojedynczymi widzami na salach
kin studyjnych. Nie ma jednak co obawiać się kontemplacyjnej narracji, prowadzonej
w wolnym tempie, z czym kino azjatyckie może się kojarzyć. „Samui Song” to
pełnoprawny thriller z myleniem wątków, wodzeniem widza za nos, nieoczywistymi
konkluzjami. Można się pogubić, ale równie dobrze zafascynować opowiadaną
historią. Sam reżyser Pen-ek Ratanaruang (trudne nazwisko, ale popularny wśród
amatorów kina azjatyckiego) podkreśla, że granica pomiędzy fikcją i
rzeczywistością jest trudna do wytyczenia. Trzeba wiec być przygotowanym na
wysiłek intelektualny, ale stanowi to nowe doświadczenie w zalewie banalnych i przewidywalnych
filmów z gatunku thriller. „Samui song” wykracza nawet poza ten gatunek, stając
się momentami melodramatem, operą mydlaną, kinem noir (tutaj nawiązania są
bardzo czytelne), a nawet groteską.
Nie wszystkie wątki filmu są jednak
autentyczne, i zapewne uważny widz obnaży niedoskonałości fabuły, jak chociażby
brak możliwości polubownego zakończenia małżeństwa, przez bądź co bądź
samodzielną i bogatą aktorkę. Nie wszystko można wytłumaczyć konwencją filmu w
filmie, a konkretniej wizjami bohaterki jako aktorki, zapewne nie idealnych
scenariuszowo - seriali.
Atrakcją jest niewątpliwie ujmująca Chermarn
Boonyasak. Nie tylko oszałamiająca urodą, ale także przekonująca swoją rolą. Aktorstwo
drugoplanowe także jest atutem – wszystkie role są bardzo wyraziste, może
momentami zbyt bardzo.
Atutem filmu są zdjęcia (także uroki
tajlandzkich krajobrazów) i montaż, które napędzają sceny, gdy fikcja miesza
się z realnym życiem bohaterów oraz kostiumy i scenografia umiejscawiające akcję
w konkretnej, tajlandzkiej kulturze.
Fabuła odwołuje się do tradycji
lokalnej i z tym jest spory problem, ponieważ wiele elementów filmu jest mało
czytelnych (przy tak niejednoznacznej fabule) dla europejskiego widza. To także
dlatego nie ma raczej szans na większy sukces frekwencyjny. Ułatwieniem byłaby znajomość
poprzednich filmów tajlandzkiego reżysera (np. „Niewidzialne fale” z 2014r.),
ale one praktycznie nie trafiły do polskiego widza. Bez odpowiedniego podkładu
i znajomości reżysera trudno jest zaakceptować stosowane tutaj przez niego
chwyty: przeskoki czasowe, pomijanie wydarzeń, pozostawienie interpretacji
widzowi. Czy gra widza z reżyserem jest więc warta świeczki? Dla widza nie
gustującego w takich eksperymentach dystrybucyjnych – nie koniecznie. A na Boonyasak można równie dobrze popatrzeć w Internecie.
Plusy:
- Chermarn Boonyasak
- możliwość obcowania z kinem tajlandzkim
- nawiązania do różnych gatunków kinowych
- zdjęcia, montaż, kostiumy
Minusy:
- wymagająca fabuła
- nielogiczności scenariuszowe
- wymagana znajomość kina azjatyckiego
Zwiastun:
Tytuł oryginalny: Mai Mee Samui
Samrab Ter
Polska premiera: 25 stycznia 2019
Dystrybutor
Produkcja: Tajlandia, Niemcy, Norwegia
Rok: 2018
Gatunek: thriller
Festiwale: Festiwal Pięć Smaków
- reżyseria i scenariusz: Pen-ek Ratanaruang
- zdjęcia: Chankit Chamnivikaipong
- montaż: Patamanadda Yukol
- muzyka: Koichi Shimizu
- obsada: Chermarn Boonyasak, David Asavanond, Vithaya Pansringarm, Stéphane Sednaoui

No comments:
Post a Comment