![]() |
| Gdyby ulica Beale umiała mówić, reżyseria: Barry Jenkins |
Barry Jenkins zapewne już do końca
będzie kojarzony z oscarowym filmem „Moonlight”. Próba powielenia sukcesu
okazała się umiarkowanym sukcesem. To nieudane skrzyżowanie kina społecznego z
melodramatem, kryminałem, a nade wszystko zmanieryzowanym artystycznie.
Tish i Fonny będący na początku
swojego dorosłego życia, znają i kochają się od dziecka. Znaleźli się w trudnej
sytuacji: on został osadzony w więzieniu, ona zachodzi w ciążę. Już sam fakt
braku ślubu jest problemem dla jej matki. Dziewczyna jednak jest pewna, że
sobie z tymi problemami poradzi, w czym najbardziej wspiera ją matka chłopaka.
Powoli odkrywana w retrospekcji jest geneza ich miłości oraz problemów z
prawem, a równolegle toczą się starania o wyciągniecie Fonny z aresztu i trudny
okres donoszenia ciąży przez Tish.
To w sumie optymistyczne: aby opowiedzieć o dyskryminacji czarnoskórych trzeba przenosić się do przeszłości. Co
prawda nie tak odległej – do lat 70-tych ubiegłego wieku, gdy powstała powieść
na podstawie której Jenkins stworzył scenariusz, ale jednak. W filmie czas
fabuły jest bardzo subtelnie skrywany (co jest pierwszym kamyczkiem do ogródka
reżysera), jednak nie sposób odnieść wrażenia, że wspomnienie rasizmu wciąż
tkwi w Ameryce. Nie pomogły dwie kadencje czarnoskórego prezydenta.
Amerykańskie kino wciąż dyskontuje problemy różnego traktowania obywateli o
odmiennym kolorze skóry. Problem w tym, że tworzy się produkcje stricte
propagandowe i stereotypowe. Fabuła tego filmu opiera się na założeniu pięknej
miłości, od dziecka, wręcz kryształowo czystych moralnie Afroamerykanów (nawet
aborcją się brzydzą), którym złośliwy biały policjant próbuje złamać życie, a
wadliwy amerykański system policyjno-sądowy uniemożliwia dochodzenie
sprawiedliwości. Słowem tutaj nie ma, że faktycznie przestępczość w gronie
kolorowych od zawsze była wysoka i byli oni sprawcami wielu brutalnych czynów,
także takich o jakie jest oskarżony główny bohater. To ta skala przestępczości
jest powodem nierównego traktowania i stosowania prawa, a nie wrodzona
nienawiść, czy rasizm. Słowem również nie ma, że jednak Ameryka zmieniła się na
przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat i przenoszenie na współczesność
historii sprzed 50 nie jest do końca wiarygodne. Ten propagandowy charakter
wyłania się z wielu innych produkcji, stąd wyraźnie widać że jest to trend,
zapewne jeszcze wzmocniony zmianami politycznymi w USA. Jeżeli nagrodę Złotych
Malin otrzymuje Prezydent USA za role w filmach … dokumentalnych, to widać jak
bardzo amerykańskie środowisko filmowe jest zacietrzewione.
Sama wydźwięk społeczno-polityczny nie
jest jedynym problemem Jenkinsa. Tym filmem udowadnia on swoje braki
reżyserskie. Podobnie zresztą jak w „Moonlight”, ale wówczas dyshonorem było
powiedzieć, że król jest nagi. Reżyser nie radzi sobie z przełożeniem pierwowzoru
książkowego. W zasadzie od pierwszego ujęcia – tablicy z cytatem z książki
widać, że opiera się na tekście powieści. Wiele wydarzeń w filmie, chociażby
geneza związku bohaterów jest wprost podawana z offu, jakby czytało się
książkę, a nie oglądało film. Reżyser nie potrafi opowiadać obrazem, dialogami,
czy sugestiami – podaje widzowi jakby z tyłu głowy co się wydarzyło w przeszłości.
Z duża doza prawdopodobieństwa można odgadnąć, że niektóre teksty są żywcem
zaczerpnięte z książki. To co dobrze funkcjonuje podczas czytania, w trakcie
oglądania zaburza rytm filmu. Można też mieć wątpliwości, czy wszystkie wątki
książkowe udało się odpowiednio wkomponować. Jenkins fabułę traktuje jako
pretekst do własnej wizji artystycznej. Stąd nielinearna (widz nie wie, jaka
była w książce) narracja, a przede wszystkim skupianie się na mało
znaczących scenach. Owszem sama w sobie scena chociażby pierwszego współżycia
jest pod względem artystycznym zachwycająca, jednak już jej wpływ na tempo akcji
i znaczenie jest destrukcyjny. Są momenty, gdy film po prostu zanudza („Moonlight”
tak samo miał), a w połączeniu ze stereotypową wizją rasizmu wręcz irytuje.
Nie trafiono również z doborem
aktorów. Para odgrywająca głównych bohaterów jest mało przekonująca, a miłości
pomiędzy nimi nie widać ani krzty. Chyba, żeby ratować te złe wybory nominowano
drugoplanową rolę żeńską – Reginę King (matkę walczącą o wolność dla swojego
syna), która jednakże również nie zachwyca. Tak jak cały ten film. Trudny
orzech do zgryzienia przez widza, nie zaznajomionego z pierwowzorem książkowym,
i nie zawsze orientującego się w realiach amerykańskich sprzed 50 lat.
Jeżeli jest się czym zachwycać w tym
filmie, to są nimi zdjęcia. Cała paleta ujęć operatorskich, odpowiednio
oświetlonych, ukazanych z ciekawych perspektyw. Nastrój sceny uzupełnia muzyka,
dźwięk. Szkoda tylko, że są one aż do przesady przedłużane, co może przy innej
fabule by miało uzasadnienie, ale tutaj zaczyna męczyć zamiast zachwycać. Powoduje
bowiem, że są mało wiarygodne: no bo kto widział żeby przed pierwszym seksem
facet kilka minut zdejmował bieliznę?
Można ten film traktować pod względem
przekazu społecznego, o niesprawiedliwym traktowaniu obywateli innego koloru
skóry, można jako bajeczkę o pięknej miłości nie bacząc na braki aktorskie,
można jako perełkę artystyczną. Jednak jako całość nawet fani tego typu
twórczości są bezradni. Tym razem sukcesu nie będzie. Widzowie drugi raz na
motyw „Moonlight” się nie nabiorą.
Żeby nie było wątpliwości – taka historia
mogła się przydarzyć. Problem reżysera polega jednak na tym, że próbuje ją
wcisnąć na siłę w ponadczasowy konflikt społeczny w Ameryce. I przez to traci
na wiarygodności.
Plusy:
- zdjęcia
- dźwięk, muzyka
- dbałość o poszczególne sceny
- ciekawa historia
- ładne sceny erotyczne
Minusy:
- antyrasistowskie stereotypy
- przedłużane sceny
- nieudane przełożenie formy książkowej
- kiepskie aktorstwo
- brak wiarygodności przez artystyczne sceny
- wysokie oczekiwania wobec reżysera po „Moonlight”
Zwiastun:
Tytuł oryginalny: If Beale Street Could Talk
Polska premiera: 22 lutego 2019
Produkcja: USA
Rok: 2018
Gatunek: dramat
- reżyseria: Barry Jenkins
- scenariusz: Barry Jenkins na podstawie powieści Jamesa Baldwina
- zdjęcia: James Laxton
- muzyka: Nicholas Britell
- obsada: KiKi Layne, Stephan James, Regina King, Colman Domingo, Teyonah Parris

No comments:
Post a Comment