![]() |
| Avengers: Koniec gry, reżyseria Anthony Russo, Joe Russo |
Więcej wszystkiego: wątków, bohaterów,
akcji, aktorów, a nawet zakończeń. Finałowy film serii stara się zadowolić
szerszą publiczność, a jest rarytasem jedynie dla wyznawców komiksowych
adaptacji Marvela.
Thanos dopiął swego na zakończenie
poprzedniego filmu. Superbohaterowie, którzy przetrwali mają poczucie, że
zawiedli. Szybka zemsta na niewiele się zdaje. Mijają lata, a świat musi sobie
poradzić z eksterminacją dokładnie połowy istot żywych.
Pierwsza część filmu jest ukłonem w
stronę widza, nie gustującego w efektownej akcji pełnej pojedynków, walk, czy
zwykłego mordobicia. To gatunkowo sekwencja bliska dramatom psychologicznym.
Bohaterowie próbują sobie poradzić z zaistniałą sytuacją, prezentując jak
zwykli śmiertelnicy: jeden pielęgnuje cudem ocalone szczęście rodzinne, drugi
popada w alkoholizm, inny jeszcze rozkoszuje się własną popularnością. Na
korzyść tej sekwencji, chwała za to Thanosowi, przychodzi fakt, że bohaterów
zostało na tyle niewielu, iż można się skupić na ich charakterystyce. Poza
małym wypadem do sprawcy całego zamieszania to bardzo wysmakowana i
wysublimowana filmowo sekwencja, może dla fanów tego typu kina nawet zbyt
przedłużona. Jedynym mankamentem jest brak wątku skutków pstryknięcia Thanosa
dla całej ludzkiej społeczności, bo ogranicza się to do zaledwie krótkiej sceny
początkowej i imponującym kamieni symbolizujących ofiary. Dla zwykłych
śmiertelników, czy też dla apokaliptycznej wizji świata po „połowicznej”
zagładzie, zabrało niestety czasu, a szkoda bo same skutki uśmiercenia połowy
społeczności, czyli na przykład kierowców jadących z duża prędkością, czy
pilotów byłyby bardzo ciekawe, a były zapowiadane. No cóż – zabrakło czasu.
Musiał się bowiem znaleźć dla tych, dla których ten film jest przeznaczony.
Czyli dla fanów poszczególnych postaci. Jest ich tutaj multum i chyba żaden fan
komiksów Marvela nie może narzekać. Wiąże się to także z cała plejadą
zaangażowanych aktorów. Jak już się pojawia Robert Redford – to ręce bardziej
tradycyjnym kinomaniakom opadają. Niestety gdzie kucharek sześć … dziesiąt
sześć – tam nie ma co jeść. Praktycznie żadna kreacja aktorska nie przyciąga
uwagi, może jedynie Josh Brolin wypada na tym tle jakby przemyślał swoją rolę.
Ciekawe jak liczna jest grupa, dla której to on jest tutaj poza całym tym zamieszaniem.
To zdecydowanie najlepszy czarny charakter z całego cyklu filmów studia Marvel.
Szkoda, że skazany na niepowodzenie, ale takie są reguły gatunku.
Twórcy scenariusza najwyraźniej mają
problem jak z całego zamieszania, które sami stworzyli wybrnąć. Niestety nic
oryginalnego nie wymyślają. Cała tajemnica jaką objęta była fabuła tego filmu
jest psu na budę, bo z grubsza przebieg wypadków jest przewidywalny, a
zaskakiwać mogą tylko szczegóły, i to tylko widzów dobrze zaznajomionych z
poprzednimi produkcjami. Motyw jaki ma odwrócić całe zamieszanie jest wręcz do
bólu prozaiczny filmowo, stosowano w wielu produkcjach, z czego zresztą
autoironicznie bohaterowie się naśmiewają. Jakby się śmieli z własnych
scenarzystów, którzy przez kolejne sceny popełniają wszystkie możliwe błędy
związane z wykorzystaniem podróży w czasie. Z całą odpowiedzialnością można
podsumować, że ta produkcja do poziomu kultowego „Powrotu do przyszłości” pod
względem logiki nawet się nie zbliżyła.
Nadrabia za to poczuciem humoru. Przez
długi okres dominuje cynizm, dystans do sytuacji i wiele żartów
słowno-sytuacyjnych. A jak jeszcze ktoś zna smaczki, to ma dużo więcej zabawy
niż przeciętny widz. To film na którym są momenty, że do rozpuku śmieje się
jedynie bardziej „kumata” część widowni.
Budżet ma jednak swoje wymagania. Na
bok należy odłożyć psychologiczne rozkminki, czy też robienie sobie ze
wszystkiego przysłowiowego „beki”. Czas przeznaczone dolary wydatkować na
największą bitwę w historii kina. Trzeba przebić nie tylko poprzednie filmy
serii, ale i superprodukcje typu „Władca Pierścieni”. To fragment blisko
godzinny jedynie dla fanów gatunku – każdy inny widz z pobłażaniem będzie
patrzył na efektowną bitwę, w której każdy, ale to każdy z superbohaterów musi
mieć swoje kilkanaście sekund. Realizacyjny przepych, efektowne ale powtarzalne
efekty specjalne, i wszechobecny chaos, a dla osób nie zaznajomionych z
niuansami absurd goniący absurd. A wszystko z przewidywalnym zakończeniem. A
nawet kilkoma, jeśli nie kilkunastoma. Ostania sekwencja to już tak usilne
kończenie poszczególnych wątków, że trudno wysiedzieć. Dobrze, że tym razem
można przynajmniej odpuścić sobie ośmiominutowe napisy końcowe, bo gra już się
skończyła, i scena po „liście płac” jest zbędna.
Plusy:
- sekwencja początkowa
- psychologia postaci
- subtelne żarty i poczucie humoru
- wykorzystany w pełni budżet
- usatysfakcjonowanie fanów wszystkich postaci komiksowych
- Josh Brolin
- realizacja dźwięku
Minusy:
- wszystkiego za dużo i za długie
- brak społecznych efektów „pstryknięcia”
- absurdy podróży w czasie
- mnogość zakończeń
- przeciętne 3D
Zwiastun:
tytuł oryginalny: Avengers: Endgame
polska premiera: 25 kwietnia 2019
dystrybucja: Marvel Studio
produkcja: USA
rok: 2019
gatunek: fantasy
- reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
- scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
- obsada: Josh Brolin, Robert Downey Jr., Chris Evans, Chris Hemsworth, Brie Larson

No comments:
Post a Comment