Thursday, April 25, 2019

Avengers: Koniec gry – dużo za dużo (ocena: 6/10)


Avengers: Koniec gry, reżyseria Anthony Russo, Joe Russo
Więcej wszystkiego: wątków, bohaterów, akcji, aktorów, a nawet zakończeń. Finałowy film serii stara się zadowolić szerszą publiczność, a jest rarytasem jedynie dla wyznawców komiksowych adaptacji Marvela.

Thanos dopiął swego na zakończenie poprzedniego filmu. Superbohaterowie, którzy przetrwali mają poczucie, że zawiedli. Szybka zemsta na niewiele się zdaje. Mijają lata, a świat musi sobie poradzić z eksterminacją dokładnie połowy istot żywych.

Pierwsza część filmu jest ukłonem w stronę widza, nie gustującego w efektownej akcji pełnej pojedynków, walk, czy zwykłego mordobicia. To gatunkowo sekwencja bliska dramatom psychologicznym. Bohaterowie próbują sobie poradzić z zaistniałą sytuacją, prezentując jak zwykli śmiertelnicy: jeden pielęgnuje cudem ocalone szczęście rodzinne, drugi popada w alkoholizm, inny jeszcze rozkoszuje się własną popularnością. Na korzyść tej sekwencji, chwała za to Thanosowi, przychodzi fakt, że bohaterów zostało na tyle niewielu, iż można się skupić na ich charakterystyce. Poza małym wypadem do sprawcy całego zamieszania to bardzo wysmakowana i wysublimowana filmowo sekwencja, może dla fanów tego typu kina nawet zbyt przedłużona. Jedynym mankamentem jest brak wątku skutków pstryknięcia Thanosa dla całej ludzkiej społeczności, bo ogranicza się to do zaledwie krótkiej sceny początkowej i imponującym kamieni symbolizujących ofiary. Dla zwykłych śmiertelników, czy też dla apokaliptycznej wizji świata po „połowicznej” zagładzie, zabrało niestety czasu, a szkoda bo same skutki uśmiercenia połowy społeczności, czyli na przykład kierowców jadących z duża prędkością, czy pilotów byłyby bardzo ciekawe, a były zapowiadane. No cóż – zabrakło czasu. Musiał się bowiem znaleźć dla tych, dla których ten film jest przeznaczony. Czyli dla fanów poszczególnych postaci. Jest ich tutaj multum i chyba żaden fan komiksów Marvela nie może narzekać. Wiąże się to także z cała plejadą zaangażowanych aktorów. Jak już się pojawia Robert Redford – to ręce bardziej tradycyjnym kinomaniakom opadają. Niestety gdzie kucharek sześć … dziesiąt sześć – tam nie ma co jeść. Praktycznie żadna kreacja aktorska nie przyciąga uwagi, może jedynie Josh Brolin wypada na tym tle jakby przemyślał swoją rolę. Ciekawe jak liczna jest grupa, dla której to on jest tutaj poza całym tym zamieszaniem. To zdecydowanie najlepszy czarny charakter z całego cyklu filmów studia Marvel. Szkoda, że skazany na niepowodzenie, ale takie są reguły gatunku.


Twórcy scenariusza najwyraźniej mają problem jak z całego zamieszania, które sami stworzyli wybrnąć. Niestety nic oryginalnego nie wymyślają. Cała tajemnica jaką objęta była fabuła tego filmu jest psu na budę, bo z grubsza przebieg wypadków jest przewidywalny, a zaskakiwać mogą tylko szczegóły, i to tylko widzów dobrze zaznajomionych z poprzednimi produkcjami. Motyw jaki ma odwrócić całe zamieszanie jest wręcz do bólu prozaiczny filmowo, stosowano w wielu produkcjach, z czego zresztą autoironicznie bohaterowie się naśmiewają. Jakby się śmieli z własnych scenarzystów, którzy przez kolejne sceny popełniają wszystkie możliwe błędy związane z wykorzystaniem podróży w czasie. Z całą odpowiedzialnością można podsumować, że ta produkcja do poziomu kultowego „Powrotu do przyszłości” pod względem logiki nawet się nie zbliżyła.


Nadrabia za to poczuciem humoru. Przez długi okres dominuje cynizm, dystans do sytuacji i wiele żartów słowno-sytuacyjnych. A jak jeszcze ktoś zna smaczki, to ma dużo więcej zabawy niż przeciętny widz. To film na którym są momenty, że do rozpuku śmieje się jedynie bardziej „kumata” część widowni.


Budżet ma jednak swoje wymagania. Na bok należy odłożyć psychologiczne rozkminki, czy też robienie sobie ze wszystkiego przysłowiowego „beki”. Czas przeznaczone dolary wydatkować na największą bitwę w historii kina. Trzeba przebić nie tylko poprzednie filmy serii, ale i superprodukcje typu „Władca Pierścieni”. To fragment blisko godzinny jedynie dla fanów gatunku – każdy inny widz z pobłażaniem będzie patrzył na efektowną bitwę, w której każdy, ale to każdy z superbohaterów musi mieć swoje kilkanaście sekund. Realizacyjny przepych, efektowne ale powtarzalne efekty specjalne, i wszechobecny chaos, a dla osób nie zaznajomionych z niuansami absurd goniący absurd. A wszystko z przewidywalnym zakończeniem. A nawet kilkoma, jeśli nie kilkunastoma. Ostania sekwencja to już tak usilne kończenie poszczególnych wątków, że trudno wysiedzieć. Dobrze, że tym razem można przynajmniej odpuścić sobie ośmiominutowe napisy końcowe, bo gra już się skończyła, i scena po „liście płac” jest zbędna.

 

Plusy:

  • sekwencja początkowa
  • psychologia postaci
  • subtelne żarty i poczucie humoru
  • wykorzystany w pełni budżet
  • usatysfakcjonowanie fanów wszystkich postaci komiksowych
  • Josh Brolin
  • realizacja dźwięku

 

Minusy:

  • wszystkiego za dużo i za długie
  • brak społecznych efektów „pstryknięcia”
  • absurdy podróży w czasie
  • mnogość zakończeń
  • przeciętne 3D

 

Zwiastun:


 

tytuł oryginalny: Avengers: Endgame

polska premiera: 25 kwietnia 2019

dystrybucja: Marvel Studio

produkcja: USA

rok: 2019

gatunek: fantasy

 

  • reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo         
  • scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
  • obsada: Josh Brolin, Robert Downey Jr., Chris Evans, Chris Hemsworth, Brie Larson

No comments:

Post a Comment