Lars von Trier zawsze uwielbiał
szokować, ale tym razem przeszedł sam siebie. Czy się to jednak komuś podoba,
czy nie – pod względem kompozycyjnym to najlepsze dzieło ekscentrycznego,
duńskiego reżysera.
Najpierw zapada ciemność. A niej
dialog o wspólnej wędrówce. A kiedy się rozmawia o drodze w zupełnych ciemnościach?
Bohatera poznajemy w kilku epizodach ze swojego życia. Aby dopiero w końcówce
powrócić do motywu wędrówki.
Jack, czyli wręcz znakomity Matt
Dillon, jedzie sobie ciężarówką. Gdy widzi atrakcyjną kobietę mającą problem z
samochodem szarmancko oferuje jej podwózkę. Co prawda kobieta zachowuje się
dosyć ekscentrycznie, nawet wspominając że przecież mogła spotkać seryjnego
mordercę, ale Jack odwozi ją do warsztatu samochodowego i z powrotem.
Jak ktoś ma nadzieję, że po pierwszej,
brutalnej scenie, chociaż ukazanej przez zaskoczenie, przyjdzie wyciszenie – to
nic z tych rzeczy. Każda kolejna sekwencja jest jeszcze mocniejsza, a charakter
filmu przeobraża się w końcu coś rodem z „Piły”. Akty przemocy są przedłużane,
a poczucie bezwzględności sprawcy aż wydobywa się z ekranu na widownię. Nic
dziwnego, że jak ktoś nie zaakceptuje tej zabawy trudno mu będzie wysiedzieć,
bo von Trier zadbał żeby trwało to odpowiednio długo. Bo na deser oferuje
jeszcze scenę rondem z Dantego.
Kompozycja scenariusza jest precyzyjna
i to ona w dużej mierze buduje nastrój – i tak już mocne sceny przemocy jeszcze
bardziej narastają. A najgorsze może być to, że bohater robi te wszystkie
okropieństwa ze spokojem i opanowaniem. W niezwykle silny sposób oddziałuje to
widza. Praktycznie każda scena jest elementem perfekcyjnie skonstruowanej
układanki. A że nieakceptowalnej przez odbiorcę – to już inna para kaloszy.
Zaangażowanie Dillona było strzałem w dziesiątkę.
Aktor gra w sposób tak charyzmatyczny, identyfikujący się z publicznością, że
mógłby go czekać lincz po seansie, gdyby się pokazał. Także drugoplanowe role,
siłą rzeczy krótko pozostające na ekranie są przekonujące jak chociażby naiwna
dziewczyna. Aktorsko von Trier trafił idealnie, ale to także jego zasługa bo
widać tutaj, podobnie jak w poprzednich produkcjach Duńczyka (w „Przełamując fale”
chociażby wspaniała rola Emily Watson) zmysł do wyszukiwania odpowiednich
aktorów.
Klimat budują także wszystkie inne
elementy filmowego rzemiosła: zdjęcia, montaż, rewelacyjna muzyka, dźwięk, scenografia,
kostiumy. W filmach von Triera wszystko funkcjonuje perfekcyjnie. Gdyby nie
fakt, że to co się dzieje na ekranie odrzuca, to trudno byłoby oderwać wzrok od
kunsztu reżyserskiego.
Film bardzo długo czeka na polską
premierę, nie wiadomo czy jest to związane z samą „zawartością”. Raz, że jest
to obraz wyjątkowo brutalny w przekazie, dwa że zawiera akcenty wyraźnie
religijne. Zresztą takie już były w poprzednich filmach von Triera (finałowa
scena „Przełamując fale”), co jeszcze dobitniej wskazuje, że reżyser nie
przejmuje się światopoglądem środowiska filmowego, unikającego tak prostych
przesłań. W połowie stycznia jednak pojawi się na ekranach budząc pewnie
mieszane uczucia. My też jesteśmy podzieleni: od zachwytu nad kunsztem filmowym
po dezaprobatę za brutalność przekazu.
Plusy:
- kompozycja scenariusza
- groteskowość tragicznych sytuacji
- Matt Dillon
- religijne przesłanie (dla części widzów)
Minusy:
- brutalność
- przeciąganie scen
- religijne przesłanie (dla części widzów)
Zwiastun:
tytuł oryginalny: The House That
Jack Built
polska premiera: 18 stycznia 2019
dystrybucja: Gutek Film
produkcja: Dania, Francja, Niemcy,
Szwecja
rok: 2018
gatunek: dramat
- reżyseria: Lars von Trier
- obsada: Matt Dillon, Bruno Ganz, Uma Thurman, Siobhan Fallon Hogan, Sofie Gråbøl

No comments:
Post a Comment